|
2. Kot wyciągnął się leniwie, pokazując pazury. Lubił takie spokojne, ciepłe dni. Słońce przyjemnie ogrzewało futerko, a ludzie nie robili tyle hałasu. Tak, zima ma niewątpliwie swoje dobre strony. Latem jest stanowczo za głośno. Usiadł i rozejrzał się wokoło. Był wyjątkowo rozleniwiony, nawet gdyby mysz wlazła mu teraz prosto w pazury, to by jej darował. Zaczął wylizywać łapę, gdy po drugiej stronie ulicy usłyszał głosy. Zerknął w tamtą stronę. -Małe ludzkie kociaki bez przerwy się kłócą – pomyślał, wracając do przerwanej toalety. Jedna z kociaków uparcie mu się przyglądała. Położył się wiec na poręczy werandy, by być lepiej widzianym. Lubił, kiedy go podziwiano, oglądano i zachwycano się starannie wylizanym i zadbanym futerkiem. Kociak, najprawdopodobniej płci żeńskiej, o czym świadczyły jaskrawe kolory futerka, przyglądała mu się z nieukrywaną fascynacją. Uśmiechnął się do niej, ale oczywiście ludzie są zbyt ślepi, by móc odróżnić niuanse kociego zachowania Poprawił się, aby dokładniej wyeksponować, co ładniejsze fragmenty futra. To był piękny dzień. Słońce grzało, futro lśniło, a co najważniejsze, żołądek był przyjemnie ciężki. Oczywiście pożywienie, które mu serwowano nie umywało się nawet do małej, tłuściutkiej myszki, ale miało jedną zasadniczą zaletę. Nie uciekało. Wystarczyło wejść do domu, stanąć przy misce, miauknąć raz, góra dwa razy i już jedzonko sypało się do czyściutkiej miseczki. Sprawnie, miło i higienicznie. Raj. Smakowo może nie było zbyt wyszukane. Trochę mdławe, chrupało tyle o ile, ale przecież nie można mieć wszystkiego. Deserek mógł upolować w każdej chwili. Biegało tego sporo po całej okolicy. Pozostawało tylko jedno, zasadnicze pytanie – po co? Po co męczyć się, biegając po polach, tytłając w błocie. Owszem, nie pogardziłby takim rarytasem, gdyby przypadkiem deser sam wlazł do domu. Ale to już zupełnie inna para kaloszy. Żal byłoby przepuścić taką okazję. W końcu, jeżeli samo się pcha w pazury, to musiałby być ciężko chory, żeby tego nie wykorzystać. Zresztą nic tak nie poprawiało nastroju, jak zabawa z myszką. Łapanie, puszczanie, podrzucanie, a adrenalina milutko buzuje w krwioobiegu. Rozmarzył się. Tak, niewątpliwie to było dobre życie. Bardzo dobre. Wyciągnął się leniwie. Przejechał pazurami po belce. Obejrzał je i wylizał łapę. Najważniejsza jest higiena. To był absolutny priorytet. Powinien trochę się odświeżyć, zanim wróci do domu. Podniósł się i nagle zdał sobie sprawę, że nie jest sam. Przysiadł na tylnych łapach, zawijając o nie ogon. Robił tak zawsze ilekroć coś go zaniepokoiło, a był powód do niepokoju. Ktoś stał przy furtce, a on nie usłyszał kroków. Nie wiedział, jak długo ta dziwaczna postać tam stoi i gapi się na niego. A co gorsza, nie wyczuwał jej zapachu. Gdyby zamknął oczy, mógłby przysiąc, że przy furtce nie ma nikogo, ale oczy nie kłamały. Tam ktoś stał. -Czego? – warknął i był pewien, że nie usłyszy odpowiedzi, więc kiedy ją otrzymał o mało nie zleciał z poręczy. -Nie po ciebie przyszłam dziś – do jego uszu dobiegł cichy głos. Rozchodził się w powietrzu i otaczał kota ze wszystkich stron. Przypominał nieco szmer, który tworzy się, gdy wiatr hula wśród zeschłych liści. -Czego chcesz? – warknął kocur. Nastroszył się cały. Nie lubił takich niespodzianek. To miał być dobry dzień. -Nad domem znak mój lśni, to kres czyichś dni. -Przestań wierszem klepać. Poeta jesteś, czy co? -Jam jest Śmierć, przybyłem sam, odejdę z kimś. Kocur prychnął. Jego to nie dotyczyło. Każdy wiedział, że koty mają dziewięć żyć. Tylko, dlaczego ta cała Śmierć sterczała przy płocie, zamiast wejść do domu, zrobić swoje i nie zakłócać mu spokoju? -Słuchaj, załatw, co masz załatwić i tyle – ziewnął pokazując drobne, ale ostre jak szpilka zęby. – Sterczysz pod płotem i świat zasłaniasz. -Jeszcze nie nadszedł czas. -To po grzyba teraz żeś przylazła, czy przylazł? Ja tam nie wiem, czyś ty samiec, czy samica, ale mam dla ciebie dobrą radę. Idź sobie gdzieś, no nie wiem, gdzie tam Śmierć łazi. Może idź na kawę, albo herbatę. Tutaj niedaleko jest bar. Odpoczniesz sobie, pogadasz. Mam nadzieję, że kocia śmierć jest bardziej zaradna. -Śmierć to śmierć, jedno imię jej. -Może i jedno, nie w tym rzecz. No przecież nie będę ci tego tłumaczył. Koty po prostu mają dziewięć żyć i o ile mnie pamięć nie myli to ja jeszcze żadnego nie straciłem. -Jedno życie masz, czyś człek, czyś zwierz. -No wiesz? To ja jestem kotem i chyba wiem lepiej! Ty mi lepiej powiedz, o której, tak przypuszczalnie, załatwisz swoje i poleziesz w cholerę? -Aż zniknie znak. -Znak? Jaki znak? -Znak, co płonie na niebie i przyzywa mnie. Kot zwinnie zeskoczył na ziemię. Był jednym z najlepszych skoczków w okolicy, ale nie był pewien, czy ta cała Śmierć widziała, z jaka gracją i płynnością znalazł się na ziemi. Nie widział jej oczu. Właściwie to nie widział niczego za wyjątkiem zarysu ciała, które było wybitnie ludzkie. Głowę i twarz skrywał kaptur, a na plecy, ramiona i nogi spływała długa, powłóczysta szata. I ta szata była zupełnie nieruchoma. Wiatr, co chwilę tarmosił jego futrem, ale ubranie Śmierci nawet nie drgnęło. Było jakby martwe. Uśmiechnął się pod wąsem. -Dobre porównanie – pomyślał, zachwycony swoją inteligencją i błyskotliwością. – Ubranie Śmierci jest martwe. Będę musiał opowiedzieć o tym temu zarozumiałemu Kulfonowi z końca wsi. – No i gdzie jest ten znak? – zapytał głośno, zaglądając do góry. -Ja go widzę i ci, których kres blisko jest. -Czyli co? Mów zrozumiale, bo widzisz ja tam niczego nie widzę. To chyba dobrze, nie? A, zaczynam rozumieć. Jeżeli ktoś go zobaczy, to ty po tego kogoś przyjdziesz? -Widzą go wszyscy ci, których nić wkrótce przerwie się. -A nie mógłbyś po prostu powiedzieć, że ten cały znak widzą ci, co to wkrótce umrą? Po co to dziwne ględzenie wierszem? Słuchaj, to może idź trochę wcześniej, zrób, co masz zrobić i nie szpeć mi posiadłości. Odstraszasz ewentualnych gości. -Przyjdzie czas, gdy zniknie znak. Wtedy pójdę i poprowadzę duszę tam, gdzie osądzi ją Pan. -Znak – srak. Gadasz, jak po ciężkim przejedzeniu. – Kocur nie czuł już niepokoju. Ta cała Śmierć była bardziej śmieszna niż straszna. – Takie stany miewam, gdy na przykład najpierw zjem pełną miskę żarcia statycznego, a zaraz potem napatoczy się deserek. Wyrzygać się już nie da, więc trzeba wcisnąć na chama, a później dzieją się przerażające rzeczy. Brzuch ci się nadyma, jak balon, jest się całym zgazowanym i chodząc, zostawia się za sobą dość wyraźny, zapachowy ślad, aż musi się zwiewać na dwór, bo w domu nie da się wysiedzieć. A jakie ma się wtedy myśli? Głowa mała. Raz, wyobraź sobie, zupełnie bez sensu, przyszło mi do głowy, że mógłbym jedno ze swoich żyć poświęcić dla któregoś z ludzi, którzy ze mną mieszkają. Wyobrażasz to sobie? Fakt, że napieprzał mnie wtedy żołądek i samica głaskała mnie po obolałym brzuszku i w ogóle łaziła koło mnie na palcach, ale przecież to zupełny odjazd. Ja miałbym poświęcić swoje, bezcenne życie, jakiejś dwunożnej, głupawej istocie, która dwa razy dziennie obdziera się ze skóry? A niekiedy nawet częściej. Aż cały się zgrzałem. -Nie można kupczyć żywotem swym. Gdy Śmierć przychodzi to końca znak. To kres żywota dla jednego z was. -A tam nie można. Gadanie. Oczywiście, że można. Jest jeden znak i jedna istota wędruje z tobą gdzieś tam. I teraz załóżmy, zupełnie hipotetycznie, mam taki kaprys, ciacham się, umieram i co? Musisz mnie zabrać ze sobą. -Ty odejdziesz i ten, którego znak na niebie lśni. -A gdybym się pociachał i powiedział, że robię to dla tego kogoś i że oddaję swoje życie, aby ten ktoś mógł żyć. To, co wtedy? Śmierć nie odpowiedziała. Stała przy bramie, jak kołek i nawet nie drgnęła, ale kot wyczuł, że trafił w dziesiątkę. -A widzisz? – triumfował. – I wiesz, co zrobię? Udowodnię ci, że nie jesteś wcale taka mądra. Spłatam ci takiego figla, że długo będziesz się ode mnie trzymała z daleka. Ciekaw jestem, co wtedy zrobisz? I pamiętaj, cokolwiek byś nie mówiła, kot ma dziewięć żyć, więc uważaj. W przyrodzie absolutnie nic nie jest pewne. Przeciągnął się, ziewając ostentacyjnie. -A teraz wybacz, ale jestem zmuszony cię pożegnać. Nie chce mi się dłużej z tobą gadać, tym bardziej, że zrobiło się cokolwiek chłodnawo, a i żołądek domaga się podwieczorku. Starał się być nonszalancki, ale w środku czuł lekki niepokój. Ot i koniec miłego dnia. Postać stojąca przy płocie, wybitnie zepsuła mu humor. Wręcz organicznie nie znosił takich zarozumialców. Nikt nie będzie mu mówił, co może zrobić, a czego nie. Raz wspiął się po niemal pionowej ścianie i doskonale wiedział, ze nie ma rzeczy niemożliwych, a jak będzie miał fantazję to mu to udowodni. Niby Śmierć, a taka niedoświadczona. Skąd oni biorą takich partaczy? Na niczym zupełnie się nie znają. Zmierzył na odchodnym ciemną postać i pobiegł w stronę okienka piwnicznego. Przekąsi sobie coś dobrego, a następnie wyciągnie się na kanapie i pozwoli łaskawie podrapać się po brzuchu. Musi jakoś ukoić skołatane nerwy. |