Logowanie






Nie pamiętam hasła
Konto? Zarejestruj się!

Wieści RSS

Sondy

mój żywioł to:
 

Gościmy

Przeczytaj:

Start

Witamy!

Portal Młodych Pisarzy powstał z myślą o wszystkich, którzy tworzą "do szuflady". Tutaj można opublikować swoje utwory pod pseudonimem, przeczytać utwory innych i podyskutować o literaturze. Bez względu na wiek, wykształcenie, pozycję społeczną, czy przekonania polityczne, można zaistnieć na forum. Dla najlepszych talentów będziemy starać się o możliwość wydania własnej twórczości.

Pamiętaj o jednej zasadzie: szanuj innych, gdyż tutaj twórca i czytelnik są równi.

Kontakt: admin@notatnik.info

Migawki

2.
            Kot wyciągnął się leniwie, pokazując pazury. Lubił takie spokojne, ciepłe dni. Słońce przyjemnie ogrzewało futerko, a ludzie nie robili tyle hałasu. Tak, zima ma niewątpliwie swoje dobre strony. Latem jest stanowczo za głośno.
            Usiadł i rozejrzał się wokoło. Był wyjątkowo rozleniwiony, nawet gdyby mysz wlazła mu teraz prosto w pazury, to by jej darował. Zaczął wylizywać łapę, gdy po drugiej stronie ulicy usłyszał głosy. Zerknął w tamtą stronę.
            -Małe ludzkie kociaki bez przerwy się kłócą – pomyślał, wracając do przerwanej toalety.
            Jedna z kociaków uparcie mu się przyglądała. Położył się wiec na poręczy werandy, by być lepiej widzianym. Lubił, kiedy go podziwiano, oglądano i zachwycano się starannie wylizanym i zadbanym futerkiem. Kociak, najprawdopodobniej płci żeńskiej, o czym świadczyły jaskrawe kolory futerka, przyglądała mu się z nieukrywaną fascynacją. Uśmiechnął się do niej, ale oczywiście ludzie są zbyt ślepi, by móc odróżnić niuanse kociego zachowania
            Poprawił się, aby dokładniej wyeksponować, co ładniejsze fragmenty futra. To był piękny dzień. Słońce grzało, futro lśniło, a co najważniejsze, żołądek był przyjemnie ciężki. Oczywiście pożywienie, które mu serwowano nie umywało się nawet do małej, tłuściutkiej myszki, ale miało jedną zasadniczą zaletę. Nie uciekało. Wystarczyło wejść do domu, stanąć przy misce, miauknąć raz, góra dwa razy i już jedzonko sypało się do czyściutkiej miseczki. Sprawnie, miło i higienicznie. Raj. Smakowo może nie było zbyt wyszukane. Trochę mdławe, chrupało tyle o ile, ale przecież nie można mieć wszystkiego. Deserek mógł upolować w każdej chwili. Biegało tego sporo po całej okolicy. Pozostawało tylko jedno, zasadnicze pytanie – po co? Po co męczyć się, biegając po polach, tytłając w błocie. Owszem, nie pogardziłby takim rarytasem, gdyby przypadkiem deser sam wlazł do domu. Ale to już zupełnie inna para kaloszy. Żal byłoby przepuścić taką okazję. W końcu, jeżeli samo się pcha w pazury, to musiałby być ciężko chory, żeby tego nie wykorzystać. Zresztą nic tak nie poprawiało nastroju, jak zabawa z myszką. Łapanie, puszczanie, podrzucanie, a adrenalina milutko buzuje w krwioobiegu. Rozmarzył się. Tak, niewątpliwie to było dobre życie. Bardzo dobre.
            Wyciągnął się leniwie. Przejechał pazurami po belce. Obejrzał je i wylizał łapę. Najważniejsza jest higiena. To był absolutny priorytet. Powinien trochę się odświeżyć, zanim wróci do domu.
            Podniósł się i nagle zdał sobie sprawę, że nie jest sam. Przysiadł na tylnych łapach, zawijając o nie ogon. Robił tak zawsze ilekroć coś go zaniepokoiło, a był powód do niepokoju. Ktoś stał przy furtce, a on nie usłyszał kroków. Nie wiedział, jak długo ta dziwaczna postać tam stoi i gapi się na niego. A co gorsza, nie wyczuwał jej zapachu. Gdyby zamknął oczy, mógłby przysiąc, że przy furtce nie ma nikogo, ale oczy nie kłamały. Tam ktoś stał.
            -Czego? – warknął i był pewien, że nie usłyszy odpowiedzi, więc kiedy ją otrzymał o mało nie zleciał z poręczy.
            -Nie po ciebie przyszłam dziś – do jego uszu dobiegł cichy głos. Rozchodził się w powietrzu i otaczał kota ze wszystkich stron. Przypominał nieco szmer, który tworzy się, gdy wiatr hula wśród zeschłych liści.
            -Czego chcesz? – warknął kocur. Nastroszył się cały. Nie lubił takich niespodzianek. To miał być dobry dzień.
            -Nad domem znak mój lśni, to kres czyichś dni.
            -Przestań wierszem klepać. Poeta jesteś, czy co?
            -Jam jest Śmierć, przybyłem sam, odejdę z kimś.
Kocur prychnął. Jego to nie dotyczyło. Każdy wiedział, że koty mają dziewięć żyć. Tylko, dlaczego ta cała Śmierć sterczała przy płocie, zamiast wejść do domu, zrobić swoje i nie zakłócać mu spokoju?
            -Słuchaj, załatw, co masz załatwić i tyle – ziewnął pokazując drobne, ale ostre jak szpilka zęby. – Sterczysz pod płotem i świat zasłaniasz.
            -Jeszcze nie nadszedł czas.
            -To po grzyba teraz żeś przylazła, czy przylazł? Ja tam nie wiem, czyś ty samiec, czy samica, ale mam dla ciebie dobrą radę. Idź sobie gdzieś, no nie wiem, gdzie tam Śmierć łazi. Może idź na kawę, albo herbatę. Tutaj niedaleko jest bar. Odpoczniesz sobie, pogadasz. Mam nadzieję, że kocia śmierć jest bardziej zaradna.
            -Śmierć to śmierć, jedno imię jej.
            -Może i jedno, nie w tym rzecz. No przecież nie będę ci tego tłumaczył. Koty po prostu mają dziewięć żyć i o ile mnie pamięć nie myli to ja jeszcze żadnego nie straciłem.
            -Jedno życie masz, czyś człek, czyś zwierz.
            -No wiesz? To ja jestem kotem i chyba wiem lepiej! Ty mi lepiej powiedz, o której, tak przypuszczalnie, załatwisz swoje i poleziesz w cholerę?
            -Aż zniknie znak.
            -Znak? Jaki znak?
            -Znak, co płonie na niebie i przyzywa mnie.
Kot zwinnie zeskoczył na ziemię. Był jednym z najlepszych skoczków w okolicy, ale nie był pewien, czy ta cała Śmierć widziała, z jaka gracją i płynnością znalazł się na ziemi. Nie widział jej oczu. Właściwie to nie widział niczego za wyjątkiem zarysu ciała, które było wybitnie ludzkie. Głowę i twarz skrywał kaptur, a na plecy, ramiona i nogi spływała długa, powłóczysta szata. I ta szata była zupełnie nieruchoma. Wiatr, co chwilę tarmosił jego futrem, ale ubranie Śmierci nawet nie drgnęło. Było jakby martwe. Uśmiechnął się pod wąsem.
            -Dobre porównanie – pomyślał, zachwycony swoją inteligencją i błyskotliwością. – Ubranie Śmierci jest martwe. Będę musiał opowiedzieć o tym temu zarozumiałemu Kulfonowi z końca wsi. – No i gdzie jest ten znak? – zapytał głośno, zaglądając do góry.
            -Ja go widzę i ci, których kres blisko jest.
            -Czyli co? Mów zrozumiale, bo widzisz ja tam niczego nie widzę. To chyba dobrze, nie? A, zaczynam rozumieć. Jeżeli ktoś go zobaczy, to ty po tego kogoś przyjdziesz?
            -Widzą go wszyscy ci, których nić wkrótce przerwie się.
            -A nie mógłbyś po prostu powiedzieć, że ten cały znak widzą ci, co to wkrótce umrą? Po co to dziwne ględzenie wierszem? Słuchaj, to może idź trochę wcześniej, zrób, co masz zrobić i nie szpeć mi posiadłości. Odstraszasz ewentualnych gości.
            -Przyjdzie czas, gdy zniknie znak. Wtedy pójdę i poprowadzę duszę tam, gdzie osądzi ją Pan.
            -Znak – srak. Gadasz, jak po ciężkim przejedzeniu. – Kocur nie czuł już niepokoju. Ta cała Śmierć była bardziej śmieszna niż straszna. – Takie stany miewam, gdy na przykład najpierw zjem pełną miskę żarcia statycznego, a zaraz potem napatoczy się deserek. Wyrzygać się już nie da, więc trzeba wcisnąć na chama, a później dzieją się przerażające rzeczy. Brzuch ci się nadyma, jak balon, jest się całym zgazowanym i chodząc, zostawia się za sobą dość wyraźny, zapachowy ślad, aż musi się zwiewać na dwór, bo w domu nie da się wysiedzieć. A jakie ma się wtedy myśli? Głowa mała. Raz, wyobraź sobie, zupełnie bez sensu, przyszło mi do głowy, że mógłbym jedno ze swoich żyć poświęcić dla któregoś z ludzi, którzy ze mną mieszkają. Wyobrażasz to sobie? Fakt, że napieprzał mnie wtedy żołądek i samica głaskała mnie po obolałym brzuszku i w ogóle łaziła koło mnie na palcach, ale przecież to zupełny odjazd. Ja miałbym poświęcić swoje, bezcenne życie, jakiejś dwunożnej, głupawej istocie, która dwa razy dziennie obdziera się ze skóry? A niekiedy nawet częściej. Aż cały się zgrzałem.
            -Nie można kupczyć żywotem swym. Gdy Śmierć przychodzi to końca znak. To kres żywota dla jednego z was.
            -A tam nie można. Gadanie. Oczywiście, że można. Jest jeden znak i jedna istota wędruje z tobą gdzieś tam. I teraz załóżmy, zupełnie hipotetycznie, mam taki kaprys, ciacham się, umieram i co? Musisz mnie zabrać ze sobą.
            -Ty odejdziesz i ten, którego znak na niebie lśni.
            -A gdybym się pociachał i powiedział, że robię to dla tego kogoś i że oddaję swoje życie, aby ten ktoś mógł żyć. To, co wtedy?
Śmierć nie odpowiedziała. Stała przy bramie, jak kołek i nawet nie drgnęła, ale kot wyczuł, że trafił w dziesiątkę.
            -A widzisz? – triumfował. – I wiesz, co zrobię? Udowodnię ci, że nie jesteś wcale taka mądra. Spłatam ci takiego figla, że długo będziesz się ode mnie trzymała z daleka. Ciekaw jestem, co wtedy zrobisz? I pamiętaj, cokolwiek byś nie mówiła, kot ma dziewięć żyć, więc uważaj. W przyrodzie absolutnie nic nie jest pewne.
Przeciągnął się, ziewając ostentacyjnie.
            -A teraz wybacz, ale jestem zmuszony cię pożegnać. Nie chce mi się dłużej z tobą gadać, tym bardziej, że zrobiło się cokolwiek chłodnawo, a i żołądek domaga się podwieczorku.
            Starał się być nonszalancki, ale w środku czuł lekki niepokój. Ot i koniec miłego dnia. Postać stojąca przy płocie, wybitnie zepsuła mu humor. Wręcz organicznie nie znosił takich zarozumialców. Nikt nie będzie mu mówił, co może zrobić, a czego nie. Raz wspiął się po niemal pionowej ścianie i doskonale wiedział, ze nie ma rzeczy niemożliwych, a jak będzie miał fantazję to mu to udowodni. Niby Śmierć, a taka niedoświadczona. Skąd oni biorą takich partaczy? Na niczym zupełnie się nie znają.
            Zmierzył na odchodnym ciemną postać i pobiegł w stronę okienka piwnicznego. Przekąsi sobie coś dobrego, a następnie wyciągnie się na kanapie i pozwoli łaskawie podrapać się po brzuchu. Musi jakoś ukoić skołatane nerwy.
 
 


Wybrańcy. 10 Wspaniałych
Wpisał: Agnieszka Bukała   
28.07.2009.

Wybrańcy
10 Wspaniałych









I
Jest dziesiąty Lipca dziesięć po dziewiątej. 
-Dakota wstawaj! Chcesz przespać całe wakacje? Wstawaj leniuchu- krzyczy Igor z następnego namiotu. Te wakacje spędzam poza domem i bez rodziców tylko ja i moi i moich znajomych znajomi, czyli dwie dziewczyny: Jasmine, Fabien oraz siedmiu chłopaków: Igor, Dylan, Albert, Ben, Oskar, Marcin i Florian. Z zamkniętymi oczami podniosłam się z materacu, ziewając na wszystkie strony usłyszałam chichoty, więc otworzyłam odruchowo oczy i zauważyłam, że sama jestem w namiocie a pozostałe dwa materace były puste. 
Gdy ubrałam się i związałam swoje rude włosy na gumkę otworzyłam namiot i zauważyłam, że nikogo nie ma na zewnątrz.
-Ej gdzie jesteście? Jaja sobie robicie czy jak?- Zapytałam, ale nie dostałam odpowiedzi. Wzięłam głęboki wdech i wyszłam z namiotu. Stojąc równo na 2 nogach, oglądałam się gdzie wszystkich wcięło, aż tu nagle wyskakuje Igor i Ben z wielkim wiadrem wody i mnie oblewają. Byłam strasznie zła na nich, myślałam, że ich zaraz poćwiartuję i podsmażę na oleju.
-Porąbało was! Dopiero, co się ubrałam. Ale z was łobuzy! A teraz chodzicie do mnie, przytulę was- uśmiechając się do nich i podchodząc małym kroczkiem z otwartymi ramionami by ich do sobie przytulić, aby też byli mokrzy. 
-O nie, nie, nie- Odpowiedzieli razem, ale mnie ta odpowiedź nie zadowoliła wiec zaczęłam ganiać ich po łące.
-Dakota przestań! Nas jest dwóch ty jesteś jedna. Nie dasz rady nam- No i mieli racje. Igor złapał mnie za ręce, Ben za nogi i wrzucili mnie do jeziora.- Teraz to sobie popływasz!- Wszyscy zaczęli się śmiać a wraz z nimi ja, poczym Igor rozebrał się do slipów i wskoczył do jeziora.
-Teraz nie jesteś sama. Jest nas dwóch. Umiesz pływać- Dziwnie się na niego patrząc odpowiedziałam no jasne. Nie skłamałam, gdy mam grunt pod nogami to bez wahania pływam, a gdy nie mam gruntu to zaczynam panikować. 
-No to ścigajmy się na drugi brzeg. Okej?- Widząc moje zakłopotanie i tak jakby szok dodał- Ej chyba nie masz cykora?
-Nigdy nie pływałam to znaczy pływałam.. Ale gdy nie mam gruntu to ogarnia mnie panika i mogłabym utonąć.
-Nie gadaj głupot, jak będziesz się topić to daj mi znać, uratuję cię!- Powiedział to z taką dumą jakby był jakimś ratownikiem i uśmiechną się jak dzieciak sprzedający lemoniadę na straganie. 
-No nie wiem, ty na pewno będziesz chciał mnie dobić bardziej- Puściłam mu oczko a on się roześmiał.
-O jojojo zgadłaś mój chytry plan. Nie marudź. Zaufaj mi a nic ci się złego nie stanie. To nie musi być konkurencja, tak sobie popłyniemy- Uśmiechnął się z troską.- W tym kierunku płyniemy- Pokazał palcem na środek jeziora- No to płyniemy- Wzięłam wdech i zanurzyłam się w wodzie. 
-Przybliż się do mnie, bo tam na dnie są rekiny i inne potwory- śmiał się dalej płynący Igor.
-Przestań! Bo zawrócę! Ja się boje. Nawet nie wspominaj mi, że już nie mam gruntu- ostrzegłam go. Zaczęłam szybciej i równomierniej oddychać.
-No, ale już nie mamy gruntu. A po co zawracać jak już przepłynęliśmy dobrą połowę jeziora? 
-Miałeś tego nie mówić!- Po wypowiedzeniu tych słów zakręciło mi się w głowie. Do brzegu było jeszcze ze 20 metrów.
-Dakota, co ci jest?- Zamknęłam oczy i przestałam płynąć, bo ręce odmówiły mi posłuszeństwa. Powoli tonęłam. Będąc już prawie na dnie poczułam czyjś dotyk, dotyk ręki Igora łapiąc mnie. Po paru minutach byliśmy już na brzegu.
-Dakota! Słyszysz mnie? No odpowiedź!- Rozkazywał mi, gdyż wciąż miałam zamknięte oczy i słabo oddychałam tak, że nie było tego oddechu słychać nawet, gdy Igor przyłożył swoje ucho do mych ust. Wkońcu otworzyłam oczy i zauważyłam jak Igor jest zdesperowany.
-Już dobrze. Uspokój się. Jestem cała- Spojrzał mi głęboko w oczy i zaczął się rozluźniać. 
-Myślałem już, że umarłaś- wydusił po długim milczeniu
-Jeśli tak myślałeś to, czemu mnie nie reanimowałeś?- Byłam ciekawa odpowiedzi. Chłodny wiatr wiał na nas. 
-Nie potrafię!- Zakrył sobie oczy ze wstydu- Datka zimno ci? No pewnie, że zimno, bo całe się trzęsiesz. Zaraz cię ogrzeje- Przywarł całym ciałem na mnie i pocałował w usta, próbowałam go odeprzeć, ale on jest zbyt silny. 
-Pogrzało cię kompletnie?! Ty masz dziewczynę! Jak myślisz, co zrobi Kora jak się o tym dowie?- Patrzałam na niego ze złością. Czułam do niego niechęć za to, co zrobił.
-Kora nie musi się o niczym dowiedzieć. To może zostać tylko pomiędzy nami- Chciałam go powyzuwać za te jego zachowanie, ale przyłożył mi palec do moich ust.
-Widzisz.. Ten pocałunek rozgrzał cię. Teraz na pewno jest Ci lepiej- Dotykał moje rozpalone policzki, ale one nie były rozpalone z namiętności tylko z gniewu.
-Jesteś okropny!- Warkłam. Próbując wstać Igor podał mi rękę, ale zignorowałam go. Podtrzymując się jedną ręką z tyłu by wstać, upadłam na piasek. 
-Aleś ty uparta. Pomogę ci.- Podał mi rękę, ale znów go zignorowałam-Poradzę sobie bez ciebie-I wstałam na własnych siłach. 
-Mówiłam ci, że się utopie! Nie trzeba było mnie tu wyciągać! Jak mówię nie to nie!- Gadałam bez wzięcia oddechu.
-Po pierwsze nie utopiłaś się, po drugie nie mówiłaś NIE- Chciałam go uderzyć i za ten pocałunek i za tą wyprawę pływacką, ale nie miałam siły- To teraz powiedz mi jak my stąd wrócimy na nasze obozowisko, bo ja nie mam zamiaru płynąć tam znów.
-Pójdziemy ścieżką wzdłuż jeziora. Pasuje?- Mi pasowało, ale Igor wyglądał na niezadowolonego- A jeśli nie masz sił to możemy tu trochę poleżeć w objęciu byś nie zmarzła. 
-O nie! Nie mam mowy. Ty jak chcesz to sobie płyń a ja pójdę ścieżką- Spojrzałam, jaka długa droga będzie mnie czekała i mina mi zrzedła, bo ta ścieżka mierzy sobie ze 3km.
-Nie zostawię cię samą na pożarcie leśnych stworów- Uśmiechnął się a ja wybuchłam śmiechem- No to w drogę.
Szliśmy w milczeniu dobre 10 minut. Spojrzałam na Igora wyglądał na nieco zbitego z pantałyku.
-Gniewasz się jeszcze na mnie?- Już mi przeszło, ale nie chciałam mu tego udowadniać, więc zrobiłam zszokowaną minę- No jasne, że jeszcze się gniewam!
-Sorry za tamto- Spojrzał na mnie i aż zrobiło mi się jego żal, bo zrobił się taki smutny w oczach.
-Oj daruj sobie-Nie umiałam się nad nim zlitować.
Pozostałą całą drogę szliśmy znów w milczeniu, tylko czasami, gdy potknęłam się o jakiś patyk i Igor mi pomagał zdołał powiedzieć tylko, ale z ciebie niezdara a ja się tylko do niego uśmiechałam. Po dobrej godzinie truchtu zauważyłam plac z namiotami i uśmiechnęłam się sama do siebie. 
-Nareszcie!- Wydusił z sobie Igor- Teraz możesz się cieszyć z nieobecności mojej osoby.
-Czy ja coś powiedziałam, że nie chcę spędzać z tobą czasu?
-Niby nie- I pobiegł, bo 10 metrów od nas stał Albert z dwoma browarami browarami ręku. 
-Stary, co tak długo szliście? Trzeba było przepłyną ten kawałek- Wypowiedziawszy te słowa Albert podał otwarte piwo swojemu koledze- Zimne prosto ze sklepu
-Och ty mój przyjacielu. Czytasz w moich myślach- Poszli obaj nie zwracając na mnie uwagi.
-A ja to, co?- Odwrócili się na pięcie i wpatrywali się na mnie jak na głupią wariatkę, która co dopiero uciekła ze szpitala psychiatrycznego.- Co też chcesz piwo?
-Nie, nie chcę piwa. Chcę abyście szli razem ze mną.
-No to cho Daka- Pobiegłam do nich i szliśmy razem do naszego obozowiska. Gdy doszliśmy już na miejsce to podbiegła do mnie Fabien z długim ręcznikiem w ręku. 
-Masz wytrzyj się szybko, bo zaraz ty, Jasmine i ja jedziemy na jarmark- I pobiegła po swoją i moją torebkę. Wytarłam się szybko i czekałam na dziewczyny.
-O już jesteś gotowa. No to super. Idziemy- Wskoczyłam na tylnie siedzenie Fabiene Jeepa i wyruszyłyśmy w drogę. Jechałyśmy przez małe miasteczko nawet nazwy nie zapamiętałam. Było pełno zakrętów na drodze, że raz Jasmine ze strachu krzyknęło, co nas bardzo rozbawiło. Przez całą drogę ja, albo Fabien udawałyśmy krzyczącą Jasmine, co ją doprowadzało do szału.
-O widzicie to? To jest właśnie ten bazarek- Wskazywała Fabien na średniej wielkości rynek, gdzie znajdowały się różne stragany od sprzedaży owoców do ubrań i obuwia. Mnie zaciekawił jeden stragan, w którym znajdowały się bransoletki ze skóry i inne wykonane ręcznie. Podeszłam, więc tam i oglądałam kolorowe bransoletki, z których wybrałam dwie.
-Przepraszam, w jakiej cenie są te bransoletki?- Zapytałam sprzedawczynię, która badawczo obserwowała moje ruchy. 
-Każda po 5 złotych- Pokazała kolekcje swoich wyrobów.
-Dziękuję. Wezmę te 2- Podałam jej do rąk, bo chciała je spakować do woreczka- Uch jaka dziś upalna pogoda.
-Zgadza się. A może panienka kupi ten sok. Jest w sam raz na tą pogodę. Bardzo dobrze orzeźwia ciało!- Wzrokiem pokazała mi butelkę soku o barwie bordowej. 
-A poproszę- Bez zastanowienia wzięłam sok i woreczek z bransoletkami i zaczęłam rozglądać się gdzie są dziewczyny po paru sekundach zauważyłam blond czuprynę Jasmine.
-Ej Jasmine! Czekaj tam na mnie- Krzyczałam, bo był duży tłum na tak małym rynku, gdy już byłam u boku koleżanki to ona pokazywała, co kupiła.
-Nie prawdaż, że to jest śliczne?- Pokazywała na naszyjnik z sztucznych perełek. 
-Ile za to dałaś- Byłam ciekawa, za jaką cenę kupiła taki banał. 
-Okrągłe 25 złotych- Uśmiechnęła się zadowolona ze swojego zakupu.
-O mój Boże. Od cyganów to kupiłaś czy jak?
-Skąd wiesz? Przecież byłaś cały czas przy jednym straganie- Teraz patrzyła na mnie z dziwieniem, ale później znów na jej różowej twarzyczce pojawił się uśmiech.
-Ee no wiesz. Przeczucie- Odwzajemniłam jej takim samym uśmiechem.



TO jeszcze nie koniec.. ;/ Jestem w realizacji pracy
 
Życie i śmierć Króla Jasia
Wpisał: Said Muslim   
09.03.2008.
czyli upadek i upadki w V aktach.
Czytaj całość…
 
DZIEDZICTWO PRZESZŁOŚCI, TOM I: STRZĘPKI UCZUĆ: ROZDZIAŁ XV
Wpisał: Paweł Kossakowski   
17.02.2009.

www.kosax.blog.onet.pl

kosax@vp.pl

Czytaj całość…
 
Czarny charakter
Wpisał: Natalia Julia Nowak   
12.07.2009.
Istnieje gdzieś w świecie Mężczyzna,
O jakim szesnastki nie śniły:
Choć mrokiem podobny do nocy,
To jednak... cyniczny i miły.

Na słodkie dziewczątek umysły
Urokiem kajdany nakłada.
Uprzejmy jak amant, choć chytry:
Pan Lisek... Serc twardych zagłada!

Szarmancki Syn Nocy, Intrygant...
Dżentelmen z cwaniackim spojrzeniem.
Wystarczy mu jedna minuta,
By stał się Twą żądzą, westchnieniem!

Przyciągnie Cię swym charakterem,
Uśmiechem, przebiegłą naturą...
Kuszący jak jabłko z Edenu:
Pan Mroczny - z rycerską kulturą!

Przystojny jak Czarny Charakter,
Z subtelnych fantazji wyrwany...
Wcielenie ciemności, słodyczy:
Cudowny - i za to kochany...
 
Tesknota za miłośćią
Wpisał: Magda Markowska   
18.12.2007.

Gdy go zobaczyłam me serce nagle rozkwitło

jak tulipan na powitanie dnia.

Patrzyłam na jego błekitne oczy w odali

spoglądał swym potężnym wzrokiem

w odal kępy lasu.

Me serce utesknione i pragnące miłośći uległo

jakby czekało na zawsze z utęsknieniem na tego jedynego.

Miłość prawdziwa wycierpi,przebaczy,zrozumie lecz

przyjażn zostaje na wieki nie naruszone

po grobowe deski.

Patrze ,wzdycham coś mamrocze bez ustanie lecz mój umiłowany

spogląda w inne horyzonty niespojrzawszy na mą dusze.

Odziany jak książe tulipan na wystawie wabiący zapachem

niezłomne dziewki.

Pośród lasu jak prawdziwy Pan stapa ,a wiatr targa

jego blond loki.

Wzdycham w odali ,patrze i niemoge sie napatrzyć .

Obawa przed podejściem mej duszy do ukochanego z mych snów ,

czar pryśnie a ma dusza romantyczna rozpryska sie

jak szklanka puszczona na ziemie.

Tesknie za prawdziwą miłośćią lecz ma nieśmiałośc

krzywdzi i łaskota kolcami po sercu na me prawdziwe oblicze duszy.

 

Czytaj całość…